Regaty odbyły się 2-3 lipca 2016. Starowało nas 12 kobiet.   Poniżej relacja  Kasi, która również ukazała się w magazynie  Żagle.com.pl  (link) 

Cztery dni z kobiecym teamem regatowym Shekle na Nord Cup

Autor: Andrzej Podwysocki, Paweł Motawa
Czy wśród rodzimych pasjonatów żeglarskich emocji znajdzie się jeszcze ktoś, kto nie słyszał o pierwszej  w Polsce kobiecej załodze regatowej Shekle, ścigającej się w Class Open B, na 43-stopowym jachcie “Oiler.pl”, projektu Judel-Vrolijk Design. Jest to ex-“Rubin XI”, słynny niemiecki jacht startujący w Admiral’s Cup.

Celem projektu jest promowanie dobrych, sportowych emocji na wodzie, regatowego żeglarstwa morskiego, szczególnie wśród żeglarek. Nazwa teamu powstała od słowa “szekla” – rodzaju klamry łączącej elementy takielunku, która scala, spina i integruje. Szekle pozwalają skutecznie i szybko zespolić różne elementy, są wytrzymałe, mocne, wszechstronne i raz  dobrze zakręcone, nie dają się łatwo odkręcić.

Shekle trenują głównie w Gdańsku, a bliskim celem załogi jest start w Mistrzostwach Europy w Żeglarstwie Morskim ORC w 2017 roku. Shekle to projekt długofalowy wykraczający daleko poza jednorazowy start na “Oilerze” – zapewnia pomysłodawczyni i matka projektu Ane Piżl, projekt z misją, o ogromnym potencjale rozwoju.

Jeśli jeszcze nie znacie Shekli, to jest to najwyższy czas nadrobić zaległości i przyjrzeć się temu wyjątkowemu projektowi oczami członka załogi. Oto relacja z właśnie zakończonych regat Nord Cup 2016. Zapraszam na pokład “Oilera.pl”, by przeżyć to jeszcze raz.

CZWARTEK 30.06.2016

W czwartkowy wieczór przed regatami jadowicie zielony “Oiler.pl” zjawia się w Górkach Zachodnich. Już pierwszy wieczór integracji załogi składającej się z 12 dziewczyn jest pełen sportowych emocji…. wyjątkowo zupełnie nie żeglarskich. Polska właśnie rozgrywa mecz ćwiercfinałowy z Portugalią w Euro 2016, więc wszystkie dziewczyny wraz z innymi załogami regatowymi kibicują polskiej drużynie. Jest radość, jest zwątpienie, jest wzruszenie, jest nerwowe odliczanie do końca, jest remis, są karne, jest przegrana, jest smutek i żal. Jak będzie z nami? Czy podobnie?

 

Piątek 01.07.2016

Piątek bladym świtem rozpoczyna się dzień treningowy. Z pokładu “Malaiki” zostaje wydane sute śniadanie. To mój debiut w drużynie Shekli. Postanowiłam więc ugościć dziewczyny nie tylko chlebem i solą, ale pełnowartościowym, wysokokalorycznym posiłkiem dla sportowców. Może naszym następnym etapem bedzie Volvo Ocean Race i liofiliza, ale póki co są swieże bułki, jaja, sery, warzywa, pachnące kakao i kawa.

Przy śniadaniu mam chwilę żeby się przyjrzeć załodze Shekli. Pierwszą żeglarską lekturą, ktorą podsunął mi Kapitan była książka “Cruising Women”. Połknęłam jednych tchem opowieść pisaną przez kobiety, o kobietach, dla kobiet, o pływaniu samotniczo i w teamie, o pierwszych motywacjach, o pierwszym powożeniu pontonem, o tym czy warto, żeby nasz partner był naszym nauczycielem,  i o tym dlaczego zazwyczaj nie, o robieniu henny na Atlantyku (dla męskiej części czytelników: to takie farbowanie rzęs).

Dziesiątki rozdziałów pisanych przez amatorki i profesjonalistki, kobiety, które całe życie spędziły na jachtach, z dziećmi lub z iguanami, turystycznie i w regatach, małe i duże problemy, ot życie. Kilka lat potem, za sprawą Kapitana nadszedł czas na śledzenie z wypiekami na twarzy zmagań teamu SCA w Volvo Ocean Race, kupiłam nawet magentową koszulkę, a więc zaplecze teoretyczne już jest, teraz więc czas na praktykę: 12 dziewczyn na pokładzie regatowej łódki cumuje longside do “Malaiki”.

Kogóż tu z nami nie ma… są wśród nas kobiety naukowcy, właścicielki własnych firm, pracownicy korporacji, humanistki i umysły ścisłe, ekstra i introwertyczki, odważne i nieśmiałe, wysokie i niskie, z oranżowymi paznokciami i całkiem saute… brunetki… blondynki…  ja wszystkie Was dziewczynki…. tralallaaaa….

W piątek po treningu uczestniczyłyśmy w gdańskich Fuckup Nights zorganizowanych podczas Baltic Sail Gdańsk i na prelekcji Maćka Sodkiewicza usłyszałyśmy, że w dobrej załodze powinni się znaleźć nie tylko wyśmienici żeglarze, ale przede wszystkim osoby o wielu talentach, Shekle zdecydowanie sa doskonałym przykładem  tej tezy.

Ali Baba i 13 rozbójników, w tym przypadku hersztem jest Dorota Dajkowska, skipperka z wieloletnim doświadczeniem regatowym, utytułowana różnymi zwycięstwami trenerka Shekli.

Na pokładzie  nie ma miejsca na demokrację. Dorota rządzi twardą ręką i trzeba mieć twarde cztery litery, żeby tę monarchię absolutną znieść. Demokracja ma ograniczone zastosowanie w pokładowym życiu społecznym, skuteczne dążenie do określonego celu wymaga hierarchii wiec nie ma zmiłuj, na “Oilerze” panują sztywne reguły.
Punkt pierwszy: kapitan ma zawsze racje, punkt drugi: jeśli nie ma, patrz: punkt pierwszy. Osławione liberalne społeczeństwo obywatelskie zostaje na kei, znajdujemy się w ustroju radykalnie konserwatywnym.

Zarządzanie ludźmi jest trudne, zarządzanie kobietami to ponoć jeszcze wyższa poprzeczka, zarządzanie 12-stoma nietuzinkowymi osobami płci pięknej to w takim razie wyczyn. Może właśnie dlatego mniejsze klasy jedno lub dwuososobowe cieszą się większym powodzeniem wśród pań.

Zastanawiam się nad fenomenem faktu, że niezależne i mocne dziewczyny, które w lądowym świecie nierzadko kierują innymi, znajdują w sobie chęć bezwzględnego podporządkowania się skipperowi jachtu regatowego.  Jest coś atawistycznego w tym posłuszeństwie stada, zintegrowanym we wspólnym dążeniu do celu. Pojedyńczy człowiek nie byłby w stanie upolować mamuta, my też musimy współdzialać.
Cel wprawdzie się zmienił, lecz strategia przetrwała.

Przez głowę przemyka myśl, że na kudłatą bestię polowali jedynie meżczyźni, więc czasy się jednak odrobinę zmieniły.

Na dalsze rozmyślania nie ma czasu. Dorota obsadza stanowiska. Zaczyna się zabawa. Znój, krew, pot i łzy. Płynie z nami pokładowy reporter Paweł i dziennikarz “Wysokich Obcasów” Jerzy.

Paweł robi zdjęcia, Jerzy zbiera materiały do artykułu o dziewczyńskiej załodze. Niestety nie ma czasu na pozorowane działania i pozowania na okładki kobiecych czasopism. Sztag za sztagiem, wciągamy spinakera, przebras, jeden, drugi, trzeci, zmiana genuy na foka i kolejne komendy padają z prędkością światla.

Tasujemy żagle jak karty w talii, korby, kabestany, szoty, brasy, gaje, baksztagi, fały… Zapowiedz prawdziwych emocji, które czekają na nas nazajutrz.

Spływamy do mariny AZS w Górkach Zachodnich. Dorota ma dziś występ na Fuckup Nights w Gdańsku nad Motławą.

Wraz z nią na imprezie pojawiają się Shekle w pełnym składzie. A jakże. Nikt się nie wyłamuje. Gdzie Ty Gajuszu, tam Ja Gaja.

Dorota opowiada o tym, jak z wielu rodzinnych, życiowych i biznesowych zakrętów ratowało ją żeglarstwo, jak upadała i podnosiła się z kolan,  i jak w końcu zrozumiała, że żeglarstwo to właściwy kierunek.

My też juz mamy poobijane kolana i też musimy się podnieść… rano… wcześnie rano… Jutro… regaty….

Sobota 02.07.2016

Wstaje sobotni świt. Dobry posiłek podnosi morale każdego sportowca. Dziś nie czas dbać  o linię, więc na stół w Malaikowym kokpicie wjeżdża wielka micha twarogu, pokaźna porcja sałatki, i równie ogromna jajecznica. Pachnie kawa z imbryka i adrenaliną.
Tuż po śniadaniu, a w zasadzie w jego trakcie czeka nas żmudna zmiana żagla. Grot jest uszkodzony, mamy obawy trymować go po regatowemu aby nie uległ dalszej destrukcji,  więc trzeba go wymienić na zapasowy. Wywlekamy stary żagiel na keję, nowy jest przygotowywany do wniesienia na pokład, jeszcze tylko listwy do wymiany. Nie jesteśmy klonami Pudziana i w związku z tym w operacji bierze udział połowa załogi. Ufff, jest ciężko, przydałby sie jakis mężczyzna, lecz po co? Dajemy radę.

Za chwilę ruszamy na start. Każda już wie co ma robić.

Tonia, olimpijsko spokojna blondynka o głębokim głosie, która cztery lata temu zaczęła przygodę z żeglowaniem w klasie Laser i co widać na dostępnych w sieci  filmach z jej udziałem, odznacza się cyrkową zręcznoscią i gibkoscią, ląduje do pracy na baksztagach.

Towarzyszy  jej Marta, młoda pani fizyk z Łodzi, o wielkim jak świat uśmiechu, nie ma wątpliwości, że skoro tak doskonale daje sobie radę w zmaskulinizowanym świecie nauk ścisłych, to kobiece żeglarstwo regatowe będzie dla niej jak bułka z masłem, lub nie przymierzając prawa Newtona.

Dziewczyny wspiera Weronika, przyjaciółka Doroty z Trójmiasta, początkująca żeglarka zarażona przez naszą skipperkę zainteresowaniem dla sportów wodnych.

Na szotach genuy siada Sylwia, dziewczyna od IT, której opanowanie jest w rzeczy samej godne podziwu. Może to rys osobowości Sylwii, a może profesjonalizm zawodowy, wszak świat komputerów z pewnością jest łatwiejszy w obsłudze niż świat zasobów ludzkich. Swój podziwu godny stoicyzm Sylwia przenosi do załogi Oilera i już po chwili okazuje się, że to wręcz niezbędna cecha w naszym eklektycznie różnorodnym Sheklowym mikrokosmosie.

Na drugiej burcie ja, czyli Kasia – specjalistka od języka Szekspira, której zmagania żeglarskie śledzą wychowankowie rozsiani po świecie od dalekiego Harvardu po całkiem bliski  UJ. Pierwotną motywacją do żeglarstwa było w tym wypadku uczucie, całkiem lądowe, choć w pierwszej fazie zamorskie. A potem szkoła podstawowa, gimnazjum i liceum. Zegrze, Mazury i Bałtyk, a po drodze Karaiby. Kolejne stopnie wtajemniczenia, przede mną jeszcze uniwersytet – ocean, najlepiej gdyby Spokojny. Zupełnie nieoczekiwanie dla wszystkich zainteresowanych z Moim Kapitanem włącznie, z dekoracyjnego galiona znalazłam sie po latach przy kabestanie two tonnera, z korbą i szotem w reku. Ech te dziwne koleje żeglarskich losów.  Od widza do uczestnika spektaklu. Od pasywności do aktywności. Od obojętności do zaangażowania. Daleka droga, może Wam kiedyś o niej opowiem.

Naszą pracę koordynuje filigranowa i malutka Małgosia, współwlascicielka rodzinnej firmy odzieżowej z Łodzi, której siła, o którą nie podejrzewałby jej żaden postronny obserwator, zdumiewa całą resztę załogi. Małgosia jest nieustraszona, dzielna i lekuchna jak piórko, i to właśnie ona wjeżdza na maszt pieczołowicie ubrana w uprząż przez Ane – znakomitą ratowniczkę medyczną i morską, aby dokonać niezbędnych napraw.

Małgosia jako jedyna sprawia wrażenie, że setna komenda na szoty genuy: wybierz, luzuj, wybierz luzuj, nie robi na niej wrażenia. Wieczorem tego samego dnia zastanawiamy się, czy dwie podejrzane kulki, które wyrosły jej na plecach, to nowe upragnione mięśnie od katorżniczej pracy, czy tylko zwykły zakwas. To właśnie Małgosia, właścicielka małego jachtu morskiego Teliga 89 o dumnej nazwie “Lobuś”,  wystartuje w tym roku w pierwszej dwuosobowej kobiecej załodze w regatach Poloneza. Skipperem bedzie kto…? No kto… ? Dorota!
Trzymamy za Was kciuki dziewczyny!

Na falach i knagach pracuje Monia. Dziewczyna,  której nie sposób nie uwielbiać za burzę ciemnych włosów chwilowo ukrytych pod załogową czapką, promienny uśmiech chwilowo na swoim miejscu, i za to że stara się, żeby polskie stosunki z UE były zawsze bez zarzutu. Dzięki Monice relacje na pokładzie zyskują zarówno w odcinku żeglarskim, jak i w zakresie relacji międzyludzkich, i to się wlaśnie  nazywa wszechstronność.

Trymerem grota jest Maja, uroczo piegowata, z pięknymi brązowymi  lokami, właścicielka firmy ze sprzętem sportowym w Berlinie. Maja pływała regatowo w klubie uniwersyteckim Freie Universitat zu Berlin w klasie Vision, turystycznie pod koło podbiegunowe i po ciepłych wodach. Opowieści Mai o zimowym treningu zaprojektowanym pod żeglarską pasję robią wrażenie. Maja wydaje się być niezastąpiona nie tylko ze względu na sprawność i siłę,  ale również z powodu życzliwości i serdeczności.  Maja – mama dwóch małych urwisów, kobieta od zadań specjalnych.

 

Ane to właścicielka firmy zajmującej sie szkoleniem i ratownictwem,  człowiek gaszący pożary dosłownie i w przenośni. Łobuzerski uśmiech Ane, spokojny ton głosu łagodzący wszelkie gwałtowne emocje, rozsądek i opanowanie oraz cierpliwe instrukcje obsługi obkładania grota na bomie: “A teraz zrobimy tak: 1.2.3. czy są jakieś pytania ? czy wszyscy zrozumieli? zaczynamy…”  sprawiają, że Ane to nasze koło ratunkowe w sytuacjach kryzysowych.

Basia to siostra Ane, psychoterapeutka z Oxfordu. Ciepłe spojrzenie niebieskich, mądrych oczu Basi najlepiej leczy wszelkie urazy.
Mam tak spękane od wiatru i słońca usta, że cieknie mi z nich krew. Co tam Kasiu? – pyta z troską Basia. Wystawiam do góry kciuk.  Jak to miło mieć na pokładzie zawodowego psychologa i terapeutę poznawczo-behawioralnego. Tak tylko na wszelki wypadek, Basia jest wszak na urlopie, więc miejmy nadzieję, że nie będzie potrzeby korzystania z jej usług.

Ania to doktor nauk ekonomicznych, doradca biznesowy i wykładowca poznańskiej uczelni. Wyprostowana jak struna , szczuplutka blondynka o poważnym spojrzeniu, emanująca klasą dziewczyna, której zrównoważenie i poznańsko-akademicka kindersztuba stanowią w drużynie Shekli wartość na wagę złota.

No i wreszcie Dorota – wulkan energii o gwałtownym charakterze na bardzo krótkim loncie, cechująca się niczym  nie ujarzmioną wolą walki. Właścicielka firmy, społecznik, mama małego urwisa, któremu opowiada na dobranoc bajki  o wieżowcach, które uciekły ze smutnego blokowiska by udać sie w daleki rejs do egzotycznej, pachnącej rybą i morską solą Jastarni. Dziewczyna, która w piątkowy wieczór tuż po morderczym trenigu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (zdradzę Wam, że widziałam w “Malaikowej” łazience porzucone lokówkę i mascarę), przeistoczyła się z pokładowego huligana w szortach w długowłosą, zielonooką prelegentkę w czarnej sukience.

Wychodzimy na wodę. Za chwilę start. Chyba wszystkim bez względu na profesję, wiek, charakter i kolor włosów udzielają sie napięcie i ekscytacja.  Na cztery minuty do startu Dorota ogłasza szybką zmianę genuy na foka. Decyzja jest ostateczna i  nie ma czasu na dyskusję. Więc szybciej i  szybciej, uciekają cenne sekundy, akcja przebiega błyskawicznie, genua zrzucona,  Monika wybiera fał foka.  Jest!
3, 2, 1…. Dyszymy ciężko w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku.

Chciałam sprawdzić czy dacie radę –  stwierdza z figlarnym błyskiem w oku  Dorota. Nikt nie pyta o wynik testu. Nie ma na to czasu.

Spinaker góra! – krzyczy Dorota. Kasia jesteś? Słyszę głos Moni. Chyba potrzebne jest małe wsparcie na fale. Naprawdę niewielkie. Jestem, jestem, tam gdzie powinnam być, tuż za plecami dzielnego managera fałów.   Wybieramy razem fał spinakera. Znów sie udało.

Dziś czeka nas długi wyścig. W oddali na sopockiej plaży widzimy tłum plażowiczów, jaskrawe parawany, kolorowe piłki, bikini i błękit nieba, żar, który nam też dokucza,  zwłaszcza przy braku wielkiej szprycbudy, pod którą można zaznać wytchnienia.
A przecież tam mogłyśmy być,  zagaja z rozmarzeniem jedna z nas, gdy mamy chwilę odpoczynku wisząc za relingiem w dość niewygodnej balastowej pozycji. Wszystkie wybuchamy gromkim śmiechem, wyścig trwa.

Stawiamy Code 0 – decyduje Dorota, wizja plażowego relaksu została daleko za plecami wraz z Grand Hotelem, tu na pokładzie “Oilera.pl” galernicy biorą się do roboty.

Zbliża się  późne popołudnie i koniec wyścigu. Ruszamy na obiad, zrobione przeze mnie 12 kanapek zniknęło w naszych brzuchach dawno temu. Siadamy przy stole by zjeść zasłużony posiłek.  Żadnych fanaberii, do wyboru: danie mięso lub danie ryba. Preferencje są podzielone, biorę mięso, za chwilę na stół wjeżdza ogromny kotlet wieprzowy z górą ryżu i sałatki.  No dobra!  Nawet jak człowiek odpoczywa to i tak jest w pracy. Trzeba robic masę!

Rozpoczyna się dyskusja o minionym dniu. Refleksje, wrażenia, wnioski, posłusznie podnosimy ręce do góry zgłaszając akces do dyskusji, moderuje nas rzecz jasna nasz pokładowy unijny negocjator Monika. Dyscyplina na wodzie, dyscyplina na lądzie.

Rycerze Króla Artura? Rycerki Królowej Doroty.

W hotelowym lobby oraz ustawionym obok namiocie rośnie regatowy tłum, marina tętni życiem, rozmowy, śmiechy i morskie opowieści.

Dorota niestrudzenie lobbuje i widać ją w tysiącach miejsc jednocześnie.
Gdy przemykam obok stolika, przy którym toczy jakąś ożywioną żeglarską debatę, ktoś wskazuje na czapkę która zdała się przyrosnąć do mojej głowy  ( w istocie rzeczy włosy nie nadawały się by je objawić światu ) i mówi: o Twoja Shekla.  Mhmm, aha, moja, moja…. odpowiada bez wahania Dorota.
Padamy. Krótki sen.

Niedziela 03.07.2016

Dzisiaj kolejny wyścig, a konkretnie dwa krótkie. Budzik dzwoni o 06.00,  zaczynam robić śniadanie, w menu gorące kiełbaski, jajka na twardo, biały ser, miód, podgrzane w piekarniku bułeczki, Paweł wytwarza wór kanapek, w tym dwie wegetariańskie dla Marty i Toni. Na śniadaniu pojawia się nieoczekiwanie zaprzyjaźniony zawodnik z Delphi 24 – Jarek, który mimo bezspornego faktu nie bycia kobietą zostaje ugoszczony kawą, opatrzoną jedynie żartobliwym komentarzem o wyjątkowej możliwości doświadczenia na własnej skórze wykluczenia społecznego.  No cóż, chwilowo bez babskiego szowinizmu, lecz zupełnie obiektywnie, kobiety tutaj rządzą.

Kolejny raz ruszamy w bój. Jest dość pochmurno i w przeciwieństwie do poprzedniego dnia słabo wieje.  Już mamy ruszać na wodę, gdy ktoś przytomnie zauważa brak Weroniki. Nerwowość wzrasta, jeśli nie zjawi się za chwilę odpływamy, na szczęście widzimy ją jak pędzi w naszą stronę po nabrzeżu, gdy jest już całkiem blisko dostrzegam, że ma makijaż.  Wow! Zazdroszczę. Zakładam okulary, trudno nazwać dzisiejszy image wyjściowym. Przypominam sobie zabawną odpowiedź Ane – menedżerki Shekli na pytanie, którego udzieliła w wywiadzie do któregoś z portali kobiecych. A czy robicie makijaże? – zapytał rezolutnie dziennikarz.  A czy pyta Pan/Pani ( nie pamiętam) mężczyzn o to czy sie golą? – odpowiedziała prowokująco Ane.  No to już chyba znam odpowiedź.

Jest dosyć pochmurno i słabo wieje. Na wodzie jest juz rój okrętów. Jest nasz groźny konkurent, piękne czerwone “Fujimo”, jest “Tinkara”, jest “Vihuella” i inni. Jest oczekiwanie i ból mięśni, jest sportowy duch.

Dorota opracowuje strategię pierwszego wyścigu. Będziemy płynąć inaczej niż reszta, czeka nas długi tzw. samobójczy hals, podczas gdy inni będą płynać krótkimi, robiąc po kilka zwrotów.

Ryzykowne, lecz może się opłaci. Wciąż mamy nadzieję na podium, choć nikt o tym nie mówi, załoga nie ma czasu na dywagacje. Trzeba wziąć  się do roboty.  Na stanowiska!
Obserwujemy przepływające załogi i mam wrażenie, że u nas na pokładzie panuje surowa dyscyplina, gdzie słynne pmsy, burze hormonów, babskie emocje.  Stwierdzam brak symptomów jakiegokolwiek rozprężenia, pełne skupienie i koncentracja na zadaniach do wykonania.  Płyniemy pełnym na trzech żaglach. Grot  w towarzystwie genuy i spinakera wygladają zabójczo. Lepiej niż torba Coco Chanel. No może równie dobrze … 😉

Meta. I niebawem kolejny start.  Czekamy na spłynięcie pozostałych zawodników. Tuż obok nas pojawia się Delphia 24 z zaprzyjaźnioną trzyosobową męską załogą. Kawy wprawdzie nie mamy, ale dokonują abordażu po nasze niezjedzone kanapki, a jednak dbamy o linię.  Grunt to plywać w dobrym sąsiedztwie.  Na szczęście nie widać w pobliżu Fujimo, oni mają liczniejszą załogę, trudniej byłoby ich wyżywić.

Drugi wyścig. Procedury, procedury, zmęczenie, zwroty, przebrasy…. Wodyyy… wodyyyy…  Dorota ogłasza , że trzeci wyścig jest odwołany. To już? To wszystko? To koniec?

Spływamy do mariny, gdzie o 15-tej będzie ogłoszenie wyników. Nie ma czasu na przebranie, nie ma czasu na prysznic, idziemy do namiotu regatowego, żar  leje się  z nieba, duchota,  a na głowach  dzielnie tkwią wełniane  Sheklowe czapki. Kolejny dowód bohaterstwa załogi.

Stajemy razem przed podium. Maleńka Małgosia, nasz Braveheart, strażnik genuy, jest bliska omdlenia. Czekamy. Opieram sie o Monię. Jest tu gdzie powinna być,  czyli za moimi plecami.

Krótkie  przemówienie rozpoczyna ceremonię wręczenia nagród, upał w środku namiotu rośnie. W międzyczasie nagrodę odbiera  za trzecie miejsce  w Mistrzostwach Polski w klasie Nautica 450 Agata Czarmińska, wielka nieobecna Shekli na pokładzie “Oilera” podczas Nord Cup. Na szczęście absencja się opłaciła.  Brawo Agata!  Brawo Ania!
Czekamy na ogłoszenie wyników Class Open B. To my!

Wygrywa “Scamp One”. Klaszczemy z entuzjazmem. Drugie miejsce “Fujimo”. Jest jak w najlepszych filmach Hitchocka: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie stopniowo rośnie. Na podium pojawiają się kolejne załogi, w ekipach pojedyńcze dziewczyny, no i oto gołym okiem widac unikatowość Sheklowego projektu.

W końcu jest ogłaszane trzecie miejsce… trzecie miejsce zajmuje… wiecie już kto? – “Oiler.pl”!  Shekle zajmują miejsce na podium!
Brakuje z nami Ane i Basi, które musiały  wcześniej odjechać do domu..
Ale przecież to również  dzięki nim stoimy na podium słuchając jak klaszczą nam nasi konkurenci, rodziny, przyjaciele i znajomi. Spod czapek spływa pot, warto było, szeroki uśmiech na twarzy Doroty, uśmiechy na twarzach Toni, Mai, Marty, Sylwii, Ani, Gosi, Moni, Weroniki i mojej, na pewno też usmiechy na twarzach pędzących już autostradą Ane i Basi.

Patrzę na swoje posiniaczone kolana. Ten tydzień niestety spędzę w spodniach. Nowicjusz dał radę!  Wszystkie dałyśmy radę.

Dziekuję Wam dziewczyny.

Do zobaczenia niedługo, na kolejnym treningu, na kolejnych regatach     lub być może na Pacyfiku.
Strzelają korki od szapmana i flesze… La dolce vita.

ALTERNATYWNE ZAKOŃCZENIE…

I tu powinien nastąpić upragniony happy end z pucharem w ręku, kubełkiem szampana i celebracją zwycięstwa. Niestety nic z tych pięknych rzeczy… Połykamy szybki posiłek: znów danie mięso lub danie ryba.

Większość dziewczyn wyjeżdża tuż po rozdaniu nagród, w końcu gdzieś w Warszawie, Łodzi, Oxfordzie, Poznaniu, Berlinie, bliżej i całkiem daleko, czeka jakieś domowe życie, poniedziałkowe obowiązki, toteż zostaje nas garstka.

Dorota zarządza klar na okręcie i mimo, że bez specjalnego entuzjazmu, to nikt nie protestuje, i choć zmęczenie daje się we znaki, to mus to mus.

Targamy pod pokład ciężkie żagle wcześniej pieczołowicie zwinięte w kolejnej, niełatwej logistycznie operacji, torby wypakowane sztormiakami, ciepłą odzieżą, obuwiem lądują na kei. Zmywamy brudne naczynia i wybieramy wodę z zęz, i tak po paznokciach nie zostało nawet wspomnienie, więc nie ma czego żałować. Prawdziwe oblicze żeglarstwa w pełnej krasie. Albo upał albo ziąb, albo wicher albo flauta, albo na kolanach albo z garbem na plecach. Czyż nie jest bajecznie?

Ogarniamy kambuz, czyste kubki trafiają  na swoje miejsca, a śmieci do pobliskiego kontenera. Znów jest czyściutko i schludnie, znów pojawia się nieporównywalna z niczym satysfakcja z dobrze wykonanej roboty, przyjemne uczucie bycia uczciwym, porządnym i solidnym indywiduum. Proste? Nie trzeba daleko szukać, wystarczy czerpak i czysta zęza.

Jeszcze tylko toboły na plecy, bagażniki już pełne gratów, więc w drogę. Ostatnie uściski dłoni.
Ćwicz pompki, codziennie – wydaje ostatnią komendę Dorota.  Oczy jej sie śmieją. Potakuję głową na zgodę.

Jutro poniedziałek. Małgosia od rana w fabryce, Monika wbije się pewnie w elegancki garniturek, Ania trafi za akademickie biurko, ktoś kupi chleb za rogiem, ktoś odgruzuje zrujnowany manicure, ktoś będzie pracował, a ktoś wakacyjnie leniuchował….

Lekcja odrobiona. Lekcja wrażliwości, mądrości, właściwych proporcji słabości i siły, panowania nad emocjami, nawet takimi, które ciężko okiełznać na lądzie, trudnej sztuki samodzielności, samokontroli, planowania, cierpliwości, ambicji i zdrowej rywalizacji, pokory, i tego że zanim się dotrze do mety, to musi przetrwać nie tylko ciało, lecz przede wszystkim charakter i serce.

Ktoś kiedyś powiedział, że żeglarz to człowiek silny jak bokser, zwinny jak gimnastyk, wytrzymały jak maratończyk i inteligentny jak szachista.

Zgodzicie sie ze mną dziewczyny?
Niezłe z nas żeglarki. I jeszcze lepsze babki.
Dzięki za  zaufanie, życzliwość, błysk w oku, kolektyw i dobrą robotę.

Dzięki Dziewczyny i do… następnego razu.

PS:  Jeśli mi się kiedyś zdarzy Pacyfik, to zejsciowka na Yellow Beauty stoi dla Was otworem.

 

Z pokładu “Malaiki” – Kasia, dla Shekli – Dobrodziejka 😉  Sobieraj.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *